Dobra wycena za tydzień przegrywa z przyzwoitą jutro

Oględziny były we wtorek. Wymiary są zapisane na odwrocie WZ-ki z hurtowni, w telefonie jest sześć zdjęć łazienki, a na koniec klient zadał pytanie, które zadaje każdy: „To ile by to wyszło?”. Powiedziałeś, że wycenę podeślesz do końca tygodnia, i naprawdę tak myślałeś.

Potem czwartkowe zlecenie się przeciągnęło, piątek zszedł na nadrabianiu, a wycena powstała w niedzielę wieczorem przy kuchennym stole. Była dobra. Tylko że zanim doszła, klient miał już dwie inne i zdążył się umówić z firmą, która odpisała w środę — nie najtańszą, po prostu pierwszą, która wyglądała, jakby wiedziała, co robi.

Dlaczego wycena zajmuje cały wieczór

Wpisanie kwoty to najszybsza część. Wszystko wokół niej sprawia, że wycena ląduje na weekend.

Informacje są porozrzucane. Wymiary na kartce, zdjęcia w telefonie, sprawa grzejnika padła w rozmowie, której nikt nie zanotował, a na dole wątku mailowego wisi jeszcze „a, i jeszcze jedno”.

Cena bierze się z pamięci. Ile wziąłeś za podobną łazienkę zeszłej wiosny? Odpowiedź leży gdzieś w starej fakturze albo w Twojej głowie, skorygowana o to, jak tamta robota poszła.

Zakres trzeba opisać. Nie sumę, tylko słowa wokół niej: co jest w cenie, czego nie ma i co się dzieje, jeśli po skuciu starych płytek ściana okaże się do naprawy. To ona chroni przed kłótnią na końcu i to ona wymaga skupienia, którego o dziesiątej wieczorem nikt już nie ma.

Wycena czeka więc na spokojny wieczór, a takich mała firma nie ma wiele.

Ile naprawdę kosztuje zwłoka

Klient wybierający wykonawcę nie oceni jakości roboty z góry. Ocenia to, co widzi: jak szybko i jak jasno mu odpowiedziałeś. Wycena, która przychodzi następnego dnia, mówi: ta firma przyjedzie wtedy, kiedy obiecała. Wycena po tygodniu też coś mówi, niezależnie od kwoty, która na niej stoi.

Jest i koszt po Twojej stronie. Wycena pisana pięć dni po oględzinach powstaje z pamięci, na którą w międzyczasie nałożyły się cztery inne zlecenia. Szczegóły uciekają, więc cena jest albo podbita na zapas — i wtedy przepada zlecenie — albo za chuda i zjada marżę, gdy tylko robota się zacznie.

Szybciej nie znaczy na kolanie

Rozwiązaniem nie jest szybsze pisanie po nocach. Jest nim zabranie z wyceny tych części, które nie potrzebują Ciebie.

Zebranie tego, co padło w rozmowie, co zmierzono i co sfotografowano, nie wymaga Ciebie. Znalezienie trzech najbardziej podobnych robót i tego, ile za nie wziąłeś, też nie. Opisanie tej części zakresu, która przy każdej łazience jest taka sama, również nie.

Ciebie wymaga ocena: czy ta robota naprawdę przypomina poprzednią, gdzie leży ryzyko i jaka cena jest właściwa. Szkic zbudowany z wątku zapytania, zdjęć i kartki z wymiarami, wyceniony według Twoich wcześniejszych zleceń, z porównaniem pokazanym obok, zamienia wieczór pisania w kilka minut sprawdzania. Poprawiasz, zatwierdzasz i wycena wychodzi tego samego dnia. Nic nie trafia do klienta, zanim tego nie przeczytasz.

Co musi mieć wycena, żeby przetrwała robotę

Szybkość pomaga tylko wtedy, gdy wycena wytrzyma zderzenie z budową.

Zakres słowami klienta. Co zostanie zrobione, opisane tak, żeby ktoś spoza branży wiedział, za co płaci.

Czego nie ma w cenie. Demontaż starej armatury, obróbki i malowanie po robocie, kontener, parking.

Co może zmienić cenę. Niewiadoma za ścianą i zasada, co się dzieje, jeśli się na nią trafi.

Jak długo cena obowiązuje. Materiały drożeją, a wycena bez terminu ważności to obietnica bez końca.

Jak wygląda płatność. Zaliczka, etapy, moment wystawienia faktury. Ustalone teraz są formalnością. Podniesione później stają się negocjacją.

Nic z tego nie jest odkrywcze. To po prostu rzeczy, które się pomija o dziesiątej wieczorem.

Test

Weź pięć ostatnich wycen i policz dni między oględzinami a wysłaniem każdej z nich. Potem zapytaj, w ilu z tych dni ktoś faktycznie nad nią pracował.

Zwykle był to jeden wieczór, a reszta to czekanie. To przez to czekanie przepadają zlecenia.